Nad morzem /1


Idę wzdłuż ciemnej, dziurawej drogi. Kroki stawiam uważnie, by nie poślizgnąć się na krzywym, zdezelowanym chodniku. Pada rzęsisty, gęsty deszcz, który oblepia człowieka przywierając niczym macki do każdego skrawka ciała. Widoczność ograniczają mi krople pokrywające grube okulary. Mimo to zaciskam swe skostniałe palce na rączce od parasola i idę, jak co dzień, do mojej pracy.
W powietrzu unosi się zapach morskich ryb. Podnoszę na moment wzrok i zauważam, że jestem już blisko portu. Charakterystyczny swąd rozpoznałbym wszędzie. Na horyzoncie powinienem dostrzec właśnie morze, jednak teraz nie widzę nic, prócz ściany paraliżującego deszczu. Wszystko jest szare, łącznie z powietrzem, morzem i mną. Skręcam w prawo i przechodzę przez dziurawą ulicę, która powoli zamienia się w rwący, górski potok. Mijam zamkniętą smażalnię ryb, do której i tak nikt nigdy nie zachodzi, nawet w sezonie, po czym wchodzę na deptak. Na mojej drodze nie spotykam ani jednego człowieka. Jestem sam. Stan ten nie wydaje mi się dziwny, gdyż jestem sam przez większość mojego życia. O dziwo jednak, nigdy w tym moim samodzielnym bytowaniu nie czułem się samotny i teraz, u schyłku życia, mogę stwierdzić, że to niemały powód do dumy. Człowiek często otacza się ludźmi, którzy mają wypełnić mu pewną pustkę, ale tak naprawdę nigdy nie udaje mu się pozbyć własnej, prywatnej samotności. I to wydawało mi się zawsze bardzo smutne.
Zatrzymuję się przed niewielkim budynkiem, obitym zaimpregnowanymi deskami. Odnajduję właściwy klucz, wsadzam do zamka i przekręcam gałkę. Chowam się za framugą i składam swój czarny, ogromny parasol strzepując z niego wodę. Zamykam za sobą drzwi i włączam światło. Ostrożnie odstawiam parasol do stojaka i pocieram skostniałe dłonie. Zdejmuję przemoczony płaszcz, kaszkiet i odwieszam na hak tuż przy drzwiach. Rozglądam się po pomieszczeniu i oddycham głęboko. Czuję się stary i mam też świadomość, że jestem stary. Wiem, że nie zajrzy tu dziś nawet pies z kulawą nogą, a jednak przemierzyłem niemal kilometr w strugach deszczu, by dotrzeć do antykwariatu. Właściwie to jestem całkiem ukontentowany z powodu tego deszczu. Będę mógł w końcu posprzątać regał z książkami historycznymi. Zbierałem się do tego od wielu miesięcy, ale za każdym razem coś stawało mi na drodze. Dziś będę tu sam i jest to jedyne zajęcie, któremu się oddam. Ale najpierw muszę rozpalić w piecu, by nie zamarznąć na śmierć.
Podchodzę do małego piecyka stojącego w kącie pomieszczenia. Tuż obok niego znajduje się wiklinowy kosz, a w nim kilka polan dorodnego drewna. Kosz podarowała mi pewna kobieta, która jakieś dziesięć lat temu przyjechała do miasteczka leczyć złamane serce. Spędziła tu kilka miesięcy, codziennie chodziła wzdłuż plaży, piła czerwone wino i dużo czytała. Wpadała czasem do antykwariatu po kolejną książkę. Raczyłem ją nalewką z wiśni oraz pogawędką o literaturze. W trakcie takiego właśnie spotkania, kiedy było już o jeden kieliszek za dużo, ona opowiedziała mi swą historię. Tylko słuchałem, w odpowiednim momencie kiwając głową. Wiedziałem, że kobieta nie oczekuje rady. Sama zdecydowała o losie swej miłości. W tych kwestiach nigdy się nie jest dobrym doradcą, bo gdy ktoś już raz postanowi, że nie kocha, to żadna siła nie zmieni jego zdania. Ta kobieta jednak przypominała mi zranioną kotkę, która ociera się o nogi każdego życzliwego człowieka i w zacisznym kącie liże swe rany. Miasteczko stanowiło dla niej przystań. Sama wspomniała, że to tylko chwilowy, życiowy postój. Wyjechała wiosną, gdy na drzewach pojawiły się białe pąki i nigdy już nie wróciła. Ale tuż przed wyjazdem wpadła jeszcze, by się pożegnać. I przyniosła ze sobą ten kosz, bo jak wspomniała, nie mogła już patrzeć na te polana rozrzucone na podłodze. Ja tam nie widziałem nic złego w tych polanach, ale przyjąłem prezent i od tamtej pory regularnie wkładam drewno do wiklinowego kosza.
Jasny płomień rozświetla wnętrze. Zamykam drzwiczki i zdejmuję grubą, ochronną rękawicę. Rzucam ją niedbale na pozostałe polana i powoli wstaję z kolan. Bardzo powoli. Z nutą irytacji zauważam, że zajmuje mi to coraz więcej czasu. Ale jeszcze nie muszę się podpierać, myślę szukając pocieszenia. Przechodzę na zaplecze i sięgam po elektryczny czajnik. Wlewam wodę, włączam przycisk i wyciągam z szafki ulubiony kubek. Wrzucam do niego torebkę earl greya i cierpliwie czekam, aż czajnik się wyłączy. Lubię obserwować białą, wylatującą parę. I choć tęsknię czasem za staroświeckim gwizdkiem oznajmującym wrzenie, to jednak muszę przyznać, że teraz wodę gotuje się dużo wygodniej. Zalewam torebkę wrzątkiem, biorę kubek i idę z powrotem do pomieszczenia pełnego książek.
Odstawiam herbatę na ladę i zmieniam okulary. W antykwariacie zdecydowanie lepiej spisują się te do czytania. Choć gdy przychodzi klient muszę je zsuwać na koniec nosa, by dostrzec twarz przybysza. Mogę wprawdzie zainwestować w szkła progresywne, ale póki co, po prostu mnie na to nie stać.
Sięgam po książki leżące na skraju lady. Zerkam na nie próbując przypomnieć sobie, dlaczego je kupiłem. Mrużę lekko oczy. Jedna dotyczy kultury starożytnego Rzymu, druga to poradnik o pielęgnacji rododendronów a trzecia to album z obrazami Andy’ego Warhola. Czy któryś z moich stałych klientów prosił mnie o podobne pozycje? Nie mogę sobie przypomnieć. Zawsze w takich chwilach zastanawiam się, na ile jest to spowodowane moim życiowym roztargnieniem, a na ile starczą demencją. Wzdrygam się lekko i ruszam najpierw w stronę półki dotyczącej roślin, później odstawiam Warhola obok Beksińskiego i Caravaggia. Przebiegam wzrokiem po grzbietach pozostałych pozycji i dochodzę do wniosku, że tu też będę musiał zrobić porządki. Za Caravaggiem czai się bowiem Van Gogh. Na samym końcu docieram do regału poświęconemu książkom historycznym i ostrożnie wsuwam tam kulturę starożytnego Rzymu. Drapię się po łysiejącej głowie i poprawiam grube szkła na równie grubym nosie. Nie jestem pewien czy uda mi się to dziś wszystko posegregować.
Wracam po swoją herbatę. Ta wciąż jest czarująco ciepła. Wsypuję dwie łyżeczki cukru, mieszam i upijam łyk siorbiąc przy tym donośnie. Mój lekarz nie byłby zachwycony z powodu tych dwóch łyżeczek, ale dochodzę do wniosku, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. A ja na pewno nie zamierzam na siebie kablować. Jasny blask bijący od kominka rzuca chimeryczne cienie na rzędy krzywo stojących książek. Rozkoszuję się tym widokiem, zapachem spalanej sosny oraz starych lektur. Czuję, że  to będzie dobry dzień. Dzień, w którym rozprawię się w końcu z regałem historycznym. A potem przejdę do tego ze sztuką.
Zakasuję rękawy i zabieram się do pracy. Zdejmuję najpierw wszystkie książki i układam je w równe stosy. Rozsiadam się wygodnie pośród nich i sprawdzam, jakiego okresu dotyczą. Zrezygnowałem już ze sprawdzania autora czy roku wydania. To właściwie i tak nie ma większego znaczenia. Praca idzie mi sprawnie, palce stały się szorstkie od kurzu a w radio lecą stare, polskie przeboje. Deszcz nie przestaje padać, tłukąc się o blaszany parapet. Morza także nie widać. Szczelna, szara ściana wody przesłaniała cały świat.
W pewnym momencie wpadam na pomysł, że podzielę swój zbiór także na kraje. Przecież książka o rewolucji we Francji nie może stać tuż obok tej o uchwaleniu konstytucji w Polsce. To sprawia, że segregowanie ich zajmuje mi więcej czasu niż przypuszczałem. Z kilku stosików zrobiło się kilkanaście. Pokryły szczelnie całą podłogę antykwariatu. Zastawiłem nimi nawet drzwi, bo wiem, że dziś i tak nikt nie przyjdzie.
Podchodzę do drewnianej lady i upijam łyk zimnej już herbaty. Obejmuję wzrokiem cały ten bałagan, który udało mi się stworzyć przez ostatnie godziny i dochodzę do wniosku, że sprzątanie to jednak dziwna czynność. Najpierw siejesz całkowite zniszczenie i demolujesz, co tylko stanie na twej drodze, by później ze spokojem układać wszystko tak, jak tylko chcesz. Śmieję się pod nosem. Tak właśnie wygląda całe moje życie. Nic nie dzieje się stopniowo, do wszystkiego dochodzę po spektakularnych wybuchach, po których zresztą mam zawsze sporo do segregowania.
Deszcz stuka o blaszane parapety, a ja stopniowo przedzieram się przez kolejne stosy literatury. Udało mi się zgromadzić naprawdę pokaźną kolekcję. Zdejmuję okulary z nosa i zamyślam się głęboko. Zastanawiam się, kiedy to wszystko się zaczęło i czy w ogóle miało swój jawny początek. Kiedy tak naprawdę pokochałem książki?
Z zadumy wyrywa mnie odgłos dzwonka zwiastujący przybycie klienta, a chwilę później dźwięk walących się stosów książek. Marszczę brwi uświadamiając sobie, że trzymam w ustach zausznik okularów. Wyjmuję go pospiesznie i odkładam okulary na bok. Podnoszę się z klęczek (znów bardzo powoli), by powitać przybysza.
Wychodząc zza regału dostrzegam młodą dziewczynę w zielonym, kompletnie przemoczonym płaszczu. Spod dużego kaptura wystają piękne blond włosy. Stoi na ciemnej wycieraczce i rozgląda się dookoła.
- Przepraszam za książki… - mówi w końcu cicho. 
- Nie szkodzi. – Macham ręką. - Czy mogę w czymś pomóc? – pytam uśmiechając się przyjaźnie.
- Telefon. – Udaje jej się z trudem wypowiedzieć jedno słowo.
- Proszę? – unoszę brwi nie rozumiejąc, co dziewczyna ma na myśli.
Oblizuje wargi i przymyka lekko powieki, jakby moja reakcja ją rozdrażniła. Jej ręce drżą.
- Potrzebuję telefonu. Chcę tylko zadzwonić. Szybko.
- Rozumiem… - próbuję ukryć swą konsternację. – Telefon jest na zapleczu. Zaprowadzę panią. – Kiwam głową, by poszła za mną. 

Komentarze

Popularne posty