Nowe początki


Kilka tygodni temu na dobre porzuciłam marzenia o pisaniu.
A właściwie rozstałam się z wyobrażeniem siebie, jako blogerki.
I bardzo się z tego cieszę, bo okazało się, że moje postrzeganie pisania bloga było nieco inne od tego, jak sprawa ma się w rzeczywistości.
Moje miejsce w sieci założyłam w dość specyficznym dla mnie momencie. To był czas, kiedy mieszkałam we Wrocławiu, z zupełnie obcymi ludźmi, na uczelni spotykałam kolejnych obcych ludzi, miłość zostawiłam w innym mieście, przyjaźnie cierpiały z powodu braku czasu i, zwyczajnie mówiąc, czułam się bardzo samotna. I po części niezrozumiana. Przez samą siebie.
Myślałam wtedy, że polonistyka będzie tym jedynym, wymarzonym kierunkiem studiów, że będę w wieku dwudziestu czterech lat mieć jakąś ciepłą posadkę w wydawnictwie i wieczorami, siedząc w wygodnym fotelu z kotem na kolanach, będę recenzować teksty przyszłych wielkich pisarzy.
Ależ byłam naiwną dziewiętnastolatką.
Okazało się, że Wrocław nie jest miastem, w którym potrafię żyć, że polonistyka to nie do końca mój świat, że studia wyglądają nieco inaczej niż w filmach (!) i naszły mnie takie egzystencjalne rozmyślania, że po co to wszystko skoro i tak świat spotka kiedyś zagłada.
A tak na poważnie, to myślałam, że to, co robię nie ma najmniejszego sensu. Byłam zaplątana w tych wszystkich myślach, bo oto okazało się, że wybór kierunku studiów wcale nie był najtrudniejszą decyzją w moim nastoletnim życiu. Dużo trudniejsze było zdecydowanie się czy kontynuować filologię polską czy może rozstać się z nią na dobre.
To był taki newralgiczny moment w moim życiu, kiedy jakiś tam obraz mojej osoby się, delikatnie mówiąc, rozwalił. I trzeba było się posklejać na nowo z tych kawałków zdawkowych informacji, jakie mi zostały. Trudno mi się było wówczas jakoś zdefiniować, określić, sprecyzować, czego chcę.
Wiedziałam tylko, czego nie chcę.
Tak więc powstał blog. Blog, który miał stać się sławnym blogiem, takim jakie ja wtedy czytałam. No cóż. Po raz kolejny okazało się, że nie wszystko złoto, co się świeci i że tak naprawdę blogowanie w dzisiejszych czasach nie opiera się tylko na pisaniu.
A ja przecież chciałam pisać.
Bez sprzedawania swojego prywatnego życia, aby się klikało.
Przez dwa lata próbowałam to jakoś ugryźć, ale mi się nie udało.
Przez te dwa lata zmieniło się w sumie wszystko. Miejsce do życia, kierunek studiów, ludzie wokół mnie, fryzura, pierścionek na palcu. Na bloga zabrakło czasu. I środków.
Więc go usunęłam.
By po kilku tygodniach zatęsknić mocno za miejscem, w którym mogłabym publikować to, co leży mi na sercu. Myślałam, że instagram będzie pełnił taką rolę, ale nie potrafię, nie umiem ograniczyć się do opisu pod zdjęciem. Moim słowom potrzeba przestrzeni.
I śmiać mi się chce. Bo oto jestem tutaj. W połowie kwietnia moje palce znów stukają rytmicznie w klawiaturę komputera przelewając na kartę nowego postu treść.
Po prostu tęskniłam. Brakowało mi tego, brakowało mi pisania, brakowało mi miejsca, gdzie mogłabym pobawić się wyrazami, sklecić kilka zdań czy opublikować jakiś pojedynczy rozdział opowiadania.
Tak więc powstało. Jestem Jul. Na pewno będzie tu trochę o życiu, o psychologii, o kulturze, ale bez sztywnych kategorii. Wprowadziłam póki co tylko dwie: rozmowy nocą i tworzone nocą. Aby łatwiej Wam było rozróżnić, co jest fikcją literacką, a co z życia wziętymi historiami przeważnie prawdziwymi.
No.
Mam nadzieję, że jakoś to pójdzie.
Niby się nie stresuje, ale dziwnie znów być gdzieś w sieci.
Trochę ekscytująco, a trochę jednak nieswojo.

Komentarze